header image
 

Zasada antropiczna, mocna, stosowana

[gdyby ten wpis zaczął Cię irytować w trakcie lektury bardziej niż inne, przeskocz do ostatniego akapitu, tego wytłuszczonego]

Siedzę sobie w domu - i zastanawiam się, po raz kolejny zresztą, jak to wszystko jest dobrze skonstruowane. W moim domu czuję się dobrze, wszystko w nich znajduję, panuje całkiem przyjemna atmosfera. Mam wspaniałych bliskich: rodzinę, dziewczynę, przyjaciół, kolegów. Generalnie rzecz biorąc, czuję się w moim małym świecie chyba lepiej niż statystyczny homo sapiens w otoczeniu przyrodniczym czy nawet przetworzonym przez siebie.

Idźmy dalej tym tropem. Skoro tak dobrze się czuję w tych miejscach, z tymi ludźmi - może oni pojawili się na świecie po to, żebym ja się czuł dobrze! Może Ka. powstał jako jedno ze starszych miast w Polsce, żebym mógł się tam urodzić. A Kr. - żeby tam studiować! I moi bliscy i dalsi, też chodzą po tej fascynującej planecie po to, by swoim istneniem sprawiać radość memu sercu. Idźmy dalej. Polska, zwłaszcza jej politycy, powstali po to, żebym mógł ćwiczyć opanowanie, a z czasem - także się śmiać. Cała Ziemia - żebym mógł ją podziwiać. Cały wszechświat pojawił się po to, żebym zaistniał w nim ja - jako jego gwiazda.

Bo przecież, gdyby stałe fizyczne czy prawa fizyki były inne - nie byłoby mnie. Ba! Gdyby nie istnieli moi rodzice - nie byłoby mnie. Gdyby moi bliscy nie istnieli - nie czułbym się tak wspaniale, jak się czuję! Gdyby nie istniała Polska, gdyby nie istnieli polscy politycy, gdyby nie istniał kościół rzymskokatolicki - nie miałbym tylu okazji do szlifowania powściągliwości, siły woli, czasami ironii, a najczęściej - nie miałbym się z czego i kogo śmiać. To chyba dostateczny dowód na to, że mam wyróżnioną pozycję we wszechświecie. Po prostu, gdyby cokolwiek było inaczej, albo nie mógłbym zaistnieć i radować się tymże wszechświatem, albo moja radość nie byłaby tak pełna, jak jest.

Dobra, dosyć bredni. Mam nadzieję, że powyższy tekst brzmi wystarczająco absurdalnie, ale ja już na więcej nie mam czasu, inwencji ani siły. Tera proponuję porównać mój pomysł z oryginalem. Bardzo chętnie się dowiem - dlaczego mam się zatrzymać w pół drogi i uznać, że wszechświat jest taki, jaki jest, bo jego celem jest homo sapiens sapiens, a nie jeden, szczególny przypadek tego gatunku zwierzęcia - czyli ja. Warto przy tym zauważyć, że kiedy jednostka wypisuje o sobie takie pierdoły - uważamy to za egoizm albo wręcz zaburzenie psychiczne (no, chyba że mam aż takich fanów). Natomiast ludzki egoizm gatunkowy, jak można przeczytać po kliknięciu wyżej - znajduje zwolenników wśród bardzo prominentnych naukowców, ludzi wydawałoby się światłych i nie łykających byle bredni. Ale cóż… Czekam, aż jakiś noblista albo laureat Nagrody Templetona przyjedzie złożyć mi hołd, jako ozdobie wszechświata.

Materiał pokonferencyjny

No i poszłoooo. Minął Neuronus, minęła II KKK. Co pozostało?

Przede wszystkim - odświeżenie. Po prawie pięciu latach siedzenia na prawie - wreszcie otarłem się o naukę. Większe poczucie sensu. Do tej pory znajdowałem je, biegając po wykładach jak najdalszych od dogmatyki: filozoficznych, psychologicznych, od biedy socjologicznych - albo wychodząc do innych instytutów. Możliwość przetestowania się - zakończona chyba powodzeniem. Przynajmniej nie zjedli mnie, wbrew obawom, a nawet - mam wrażenie, przyjęli z pewnym zrozumieniem i zaciekawieniem. Jedną czy dwie znajomości, oby się rozwijały. Poza tym, szersze horyzonty. Wiem mniej więcej co w neuronauce i naukach kognitywnych piszczy i czego można się spodziewać. A jestem zdania, że to stąd możemy się w najbliższym czasie spodziewać przełomu, który do lamusa odeśle Kopernika, Darwina i Einsteina - i będziemy mieli się znów nad czym dziwić na świeżo. Taka moja, cicha, nadzieja.

Wreszcie, the last, and the least - możliwość dopisania sobie czegoś do cefałki, a przy tym - pewnie dwie publikacje, w tym jedną elektroniczną. Ech, czas zakończyć smutną epopeję pod nazwą “studia prawnicze” i poszukać sobie zajęcia, najlepiej bliskiego nauce - o ile nie w ogóle naukowego.

Oświecony Lulzor Chaosu

Czasami człowiek coś stworzy. Za Nietzschem uważam wręcz, że tylko życie twórcze jest cokolwiek warte i godne nazwania “życiem” w ogóle. Abstrahuję od artystycznej czy innej wartości. Starczy wartość indywidualna.

Parę tygodni temu nie mogłem spać; chyba gdzieś do piątek. Około trzeciej przestałem próbować zasnąć i zmaterializowałem w programie GIMP coś, co pragnąłem dać sobie i światu (w tej kolejności) już od dawna.

Hm… Chyba nie ma po polsku słowa, które dobrze tłumaczyłoby to jedno angielskie, które powinno tu zostać użyte. Popełnię więc zbrodnię na obu językach… Khm! Behold! Oto Oświecony Lulzor Chaosu!

Oświecony Lulzor Chaosu miniatura 300*300px 23kb

Po kliknięciu otwiera się wersja większa, 1198*1199px, 113kb, z przezroczystym tłem. Grafikę można dowolnie rozpowszechniać, zresztą odpowiednia licencja Creative Commons została zaznaczona.

A teraz krótka wykładnia, “co autor miał na myśli”:

  • oświecony - widać to jasno po otwartym trzecim oku; widzi rzeczywistość “taką, jaka jest”, czyli ze świadomością swoich obciążeń i uwarunkowań psychicznych, które wpływają na postrzeganie
  • lulzor - trudno nie zauważyć: śmieje się, wywołuje śmiech, niszczy powagę i czyni w ten sposób życie lżejszym; powstał inspirowany “śmieszkiem”
  • chaosu - groty strzałek wskazują, że ogarnia sobą wszystko i nie ma nic poza nim; nie czyni rozróżnień; chaos jest pierwotny, a kto wie czy nie jest zasadą istnienia wszystkiego; powstał inspirowany gwiazdą chaosu, symbolem, m.in. magii chaosu

Modły wysłuchane

Po raz pierwszy o nowym arcybiskupie gdańskim przeczytałem w… “Nie”. Oczywiście, w numerze bodaj 14/2008 traktowano to nadal jako możliwość. Dziś onet podał za tvn.24, że ingres odbędzie się 26.04. Cudnie. Od początku miałem nadzieję, że ziści się przepowiednia Urbanowej gazety.

Przyznam, że dzisiaj nawet z rana zaśpiewałem na melodię psalmu: “Biskupa Głodzia / Daj nam dzisiaj, Panie!”. I oto moje modły zostały wysłuchane!

Zaczynam postrzegać (wszech)świat w kategoriach zbliżonych do zasady antropicznej. Albo jej postaci, wyznawanej przez niektórych wierzących. Postać ta mówi, że wszystko jest celowe i takie wspaniałe dla nas, a my też mamy swój Cel. Ja zaś powoli zaczynam uważać, że wszystko istnieje po to, żeby mnie bawić.

A kiedy bp Głódź zostanie arcybiskupem - bęęęędzieee się działooo! Mam nadzieję, że nie ziszczą się proroctwa różnych nudziarzy: że zarówno niepokój Gocłowskiego, jak i nadzieje Jankowskiego są płonne i nic się nie zmieni. Liczę, że nasza Ojczyzna i Matka Nasza, Kościół, po raz kolejny mnie nie zawiodą. Oczekuję licznych i obfitych komunikatów prasowych z Gdańska, wielu wystąpień na tematy społecznie ważne. No… i może jakaś gustowna instalacja na Wielkanoc, w Kościele św. Brygidy - też bym nie pogardził.

Wasza Ekscelencjo, Rodacy - nie zawiedźcie mnie!

Kontra

Dziś wyczytałem coś, co podniosło mnie na duchu. Nie, żebym czuł w obliczu reklam wspomnianej niżej firmy coś więcej niż przemożną nudę. Raczej uważam, że wszelkie slogany reklamowe czy polityczne powinny zostać prędko odwrócone i obśmiane tak, by odwróciły się na niekorzyść. To tak na wypadek, gdyby ktoś miał w nie uwierzyć. W Polsce coś takiego trafia się, mam wrażenie, dość rzadko. Oto jednak chlubny przykład (zaczerpnięty z “krótkich dżołków” JoeMonster.org:

***** reklamuje ostatnio swoje wyroby kampanią promującą dziewictwo. Byłem przed chwiilą w ich sklepie. I wiecie co? W tych ciuchach rzeczywiście trudno “zaliczyć”…

Oczywiście, aby zmniejszyć memetyczną szkodliwość reklamy, obejmuję nazwę firmy polityką ciszy. Zresztą, to jak w tym słynnym dowcipie z PRL: “wszyscy i tak wiedzą, co tu ma być napisane”.

Co jednak uważam za ważne, to samo zjawisko. Niestety, nie znam dla niego dobrego polskiego ekwiwalentu. Na pewno nalezy uznać to za element partyzantki komunikacyjnej (guerilla communication) czy zagłuszania kultury (culture jamming). A bezpośrednio, nazwiemy to… no właśnie, jak? Jak najlepiej przetłumaczyć subvertisment? Dywerklama? Reklamotaż? A może jakieś tłumaczenie mniej “sowieckie”, a bardziej poetyckie?

Tak czy inaczej, warto zjawisku się przyjrzeć. Moim zdaniem - szerzyć je. Przynajmniej dopóki parodiowanie kampanii reklamowych nie zostało jeszcze uznane za przestępstwo w świecie, gdzie konsumpcja jest wartością najwyższą, a wyrabianie PKB - celem w sobie. Poza tym, takie inicjatywy zwiększają poziom LULZORa w świecie :)

Obraza JAKICH uczuć??

Obecnie obowiązujący kodeks karny zna przestępstwo “obrazy uczuć religijnych”. Reguluje je art. 196. Stanowi on:

Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych,

podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności
do lat 2.

Występuje tu więc kilka elementów:

  • znieważenie publiczne przedmiotu czci religijnej
  • znieważenie miejsca przeznaczonego do publicznego wykonywania obrzędów religijnych

Zanim przejdę dalej, trzeba podkreślić - nic więcej nie stanowi karalnej obrazy uczuć religijnych. Wymagają tego standardy współczesnego prawa karnego. Zasady nullum crimen sine lege scripta, certa, stricta. Czyli “nie ma przestępstwa bez ustawy” - a nie czyichś rojeń albo aktów podustawowych; opis czynu musi być taki, żeby czyn zabroniony odróżnić od niezabronionego; opisu czynu nie można rozszerzać interpretacyjnie poza znaczenie słownikowe.

Teraz można wdać się w głębsze szczegóły. A to, np. co oznacza “znieważenie”? Obowiązuje nas wykładnia literalna, znaczenie słownikowe. To jednak nic nam nie daje. A raczej każe szukać dalej. Otóż godność uznamy tu za “poczucie własnej wartości”.

Dlaczego prawo publiczne miałoby chronić czyjeś dobre samopoczucie? Nie wiem, ale to temat na osobną notatkę. Czy przedmioty czci religijnej mają dobre samopoczucie? Jeśli określimy je jako “rzeczy martwe”, to pewnie niebardzo. Niestety, prawo należy interpretować tak, żeby miało sens (chociaż w większości to kontrfaktyczne) i by żaden przepis nie okazał się zbędny. Wobec tego przyjmijmy, że przedmiot można znieważyć przez zrobienie wobec niego czegoś, co znieważyłoby człowieka, gdyby z nim zrobić to samo. Nie popieram osobiście takiej wykładni, ale żeby nadać prawu sens najczęściej trzeba robić głupoty.

Czy osoba może być przedmiotem czci religijnej? Dziś dowiedziałem się, że pewien przegrany w ostatnich wyborach polityk rzucił się do prokuratury z doniesieniem, że pewnego księdza rzymskokatolickiego obrażono, co jednocześnie obraża jego uczucia religijne. Znów: jeśli “przedmiot czci…” to “rzecz martwa, objęta czcią”, to zdecydowanie nie. Jeśli jednak to “przedmiot czegoś” - to tak. Czy kapłan jest w rzymskim katolicyzmie przedmiotem czci religijnej? Nie wiem. Wątpię. Ale to rzecz dla teologa, który powinien się wypowiedzieć czy religijny ponoć polityk - nie szerzy przypadkiem herezji, nie popełnia bałwochwalstwa.

Czy “przedmiotem czci” może być rzekomo istniejąca istota nadnaturalna? Cóż, o ile mi wiadomo (mogę się mylić), ok. XVIII/XIX w. z kodeksów karnych państw Europy kontynentalnej usunięto przepis karzący za “obrazę Boga”. W to miejsce wprowadzono obrazę uczuć religijnych. Skoro nastąpiła zmiana, to widocznie chodziło o coś. Może o zmianę przedmiotu ochrony? Wypada więc przyjąć, że jeśli rzekoma istota ponadnaturalna została obrażona, to musi sama złożyć pozew cywilny albo żądać w prokuraturze wszczęcia postępowania. A jej wyznawcy mogą się wściekać, ale nic im do tego. Przyjęcie przeciwnie, że “obraza bóstwa” stanowi “obrazę uczuć religijnych”, oznacza zignorowanie zmiany w prawodawstwie. Oznacza także, że należy się przyjrzeć tezom głoszącym nieistnienie jakiegoś bóstwa. Bo przecież to można by uznać za obrazę. Tym samym ogranicza to swobodę wyznania na korzyść światopoglądów teistycznych.

Co to znaczy “publicznie”? Zaryzykowałbym, że “w gronie co najmniej 3 osób”. Przy tym zastrzegam, że chodzi o co najmniej 3 osoby, które nie pozostają z “obrażającym” w związku rodzinnym lub przyjacielskim. Zakładam, że prawo w takie relacje powinno ingerować jak najmniej i w takim gronie wolno mówić człowiekowi cokolwiek mu się podoba. Nawet jeśli wśród stu znajomych i rodziny pan X zrobi coś brzydkiego, a jedna osoba obca to zobaczy i usłyszy, to nie należy uznać tego za obrazę uczuć religijnych.

Poza tym wszystkim pozostaje jeszcze kwestia winy. Nie bardzo pamiętam już, jak to “szkoła krakowska” widzi, ale mocno zawikłanie, więc nie będę się angażował, bo nie chce mi się tego szukać. Natomiast dodałbym tu sprawę świadomości naruszenia prawa, bo potoczne doświadczenie wskazuje, że religijni Polacy mają bardzo czułe “uczucia religijne” i wszystko ich obraża, a najbardziej to, że ktoś ich uczuć nie podziela. Tym bardziej więc wypada zachować dystans wobec tak niebezpiecznej konstrukcji prawnej i jej stosowania.

Nie da się uznać za obrazę “uczuć religijnych” faktu, że ktoś świętuje w dni, które dla jakiejś religii są, np. czasem żałoby czy smutku. Nie da się uznać za obrazę “uczuć religijnych” sytuacji, że ktoś, nawet publicznie i ostentacyjnie, łamie post obowiązujący w danej religii czy tabu. Tak więc, jako że Przenajświętsza Rzecpzospolita nie jest podobno jeszcze państwem wyznaniowym, nie da się uznać za obrazę uczuć religijnych:

  • nawet publicznego wykonywania pracy w niedzielę
  • nawet publicznego jedzenia ociekającego tłuszczem mięsa w Popielec
  • przejścia z Judoszem w Wielki Piątek

Jak się komuś to nie podoba, to jego problem i może co najwyżej iść do psychoterapeuty ze swoimi “urażonymi uczuciami” religijnymi. Na szczęście jeszcze nikt nie ma obowiązku przestrzegać cudzych obyczajów religijnych.

“on teh internets”…

Podczas przeglądania internetu; z wielkim entuzjazmem:

O! “Jaszczurka atakuje reportera” - to może być interesujące!

W takich chwilach myślę, że Kaczyński się niewiele myli ;) LULZOR

Tyle do zrobienia, a tak mało czasu

Czasami człowiek czyta coś… i to daje mu do myślenia. Ot, zdarzyło mi się. Pozwalam sobie zacytować. Zresztą, podobno Majewski, Wojewódzki i jeszcze paru innych “satyryków” też cytuje, ale nie podają źródła. A ja niniejszym:

Oddawałem ostatnio krew. Musiałem wypełnić ankietę: ile mam lat, czy piję, palę, biorę narkotyki, czy podejmuję ryzykowne zachowania seksualne. Oczywiście nie było zastrzeżeń, ale ta głupia ankieta uświadomiła mi że młodość mija, a ja nie robiłem jeszcze tylu fajnych rzeczy.

Kiedy czytam niektóre dowcipy, to mam wrażenie, że moje życie w dziwny sposób je odbija ;)

Maszyna do czytania myśli

Mam coraz gorsze zdanie na temat “prasy” w ogóle, a już serwisów internetowych w szczególności. Pół biedy, że szerzy się tam analfabetyzm, ale kretynizm jako paradygmat zawodowy pismaka - to już lekka przesada.

Onet.pl trochę się pospieszył, odtrąbiając tytułowo, że “Istnieje już maszyna do czytania myśli”. To jest ten przykład paradygmatycznego kretynizmu (lub nieuczciwości). Na szczęście pozostaje jeszcze strona źródłowa opisywanej wiadomości - czyli magazynu “Nature”. Po porównaniu obu tekstów - utwierdziłem się w przekonaniu, że nic nie działa równie antynaukowo, jak artykuły “informacyjne” i “popularyzatorskie” w zwykłej prasie, przynajmniej niepisane przez naukowców.

Podsumowując - co mamy tak naprawdę? Ano, mamy maszynkę, która w kontrolowanych, eksperymentalnych warunkach - pozwala odczytać obrazy, które widzi badany. Trafność to: 72% i 92% przy dwóch uczestnikach. Mamy więc stosunkowo małą, chociaż więcej niż obiecującą próbę. Naukowcy twierdzą, że w zadanych warunkach trafność, wynikająca ze zwykłego zgadywania, wyniosłaby 0,8%. Ponadto trzeba pamiętać, że sytuacja jest laboratoryjna, dość ściśle sformalizowana i kontrolowana. Badanym pokazano 1′750 obrazów, a następnie - 120 innych, których wcześniej nie widzieli. Podczas ich prezentowania, przeprowadzono test maszyny. Przy pierwszej porcji, 1′750 obrazów, monitorowano tylko działanie mózgów uczestników.

Pozostaje pytanie, np. co to znaczy “inne obrazy”? Czym się różniły? Jakich zabiegów interpretacyjnych na wynikach badania musiano dokonać, żeby odczytać trafnie? Bo przecież porównujemy różne aktywności mózgu i dopiero na tej podstawie dokonujemy przewidywań. Jaki przyjęto margines błędu?

Niezależnie od tego, że jeszcze poczekamy na działającą maszynkę, która pozwoli poprawnie “zgadnąć”, co widzi badany - z radością przyjąłem tę wiadomość. Osobiście czekam na przewrót naukowy, który sam jeden przeważy rewolucje w pojmowaniu człowieka i świata, które zawdzięczamy Kopernikowi, Darwinowi, wreszcie Einsteinowi. Oczywiście, trzeba pamiętać, że im większe możliwości - tym większa pokusa. Warto mieć na uwadze, że wszystkie moralne świnie tylko by się uradowały, mogąc tropić nieprawomyślnych. Pozostaje mieć nadzieję, że wszyscy rozumiemy, że to broń obosieczna, a wszyscy miewają kosmate myśli.

Jeszcze tylko zdanie, które może stanie się zalążkiem przyszłej notki, jeśli czas pozwoli. Przeszło mi przez głowę, że przecież ktoś może pomyśleć, że taką maszynę da się zastosować tylko do niecnych celów. Czyli przy jej pomocy można tylko prowadzić różnego rodzaju szpiegostwo. Tak zupełnie ad hoc mogę wymyślić co najmniej kilka innych zastosowań. Na przykład:

  • zestaw, pozwalający nagrywać filmy z tego, co wizualizuje dana osoba; twórca scenariusza staje się jednocześnie kamerzystą, reżyserem, całą resztą ekipy - oraz tworzy obsadę dowolnie (zauważmy, że wymaga to wielkiego wytrenowania wyobraźni; por. notkę o interfejsie mózgowym i zdanie o Dalajlamie jako mistrzu gier komputerowych tak sterowanych)
  • elektroniczny dziennik snów
  • w połączeniu z końcówką wysyłającą określone impulsy - urządzenie, służące do dzielenia wrażeń - snów, fantazji seksualnych i innych
  • urządzenie, przekładające obrazy z wyobraźni - na “zdjęcia” itp.

A jestem pewien, że możemy znaleźć jeszcze wiele pokojowych i - nade wszystko - twórczych zastosowań.

Czerwone morze… ayahuaski

Serwis “Gazety Wyborczej” podaje, że niejaki Benny Shanon (a nie Sharon, jak twierdzi gazeta.pl), profesor psychologii poznawczej na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, zasugerował co następuje:

Biblijni Żydzi zmierzający do Ziemi Obiecanej mogli mieć narkotyczne wizje wywołane przez halucynogenną roślinę. Najprawdopodobniej byli pod jej wpływem kiedy Mojżesz wrócił z góry Synaj z tablicami zawierającymi Dziesięć Przykazań

Swoją hipotezę Shanon opiera na występowaniu w okolicy góry Synaj dwóch roślin, których właściwości psychodeliczne są zbliżone do tych znanych w przypadku ayahuaski. Te efekty mają być zbliżone do opisów znanych ze Starego Testamentu.

Na potrzeby dyskusji o polityce wobec środków psychoaktywnych, warto dodać, że Shanon ma przyznawać się do około 160-krotnego spożycia ayahuaski (która, wbrew twierdzeniu na gazeta.pl nie jest rośliną, a napojem roślinnym).

Co na jego tezy odpowiadają autorytety religijne?

Biblia próbuje opowiedzieć nam o bardzo głębokim i doniosłym wydarzeniu. Nie powinniśmy martwic się o los Mojżesza, a raczej los nauki

jak miał powiedzieć rabin Juval Sherlow.

Tutaj nasuwa mi się kilka myśli. Po pierwsze, rabin wykazuje się typową dla kapłanów arogancją. Od tysięcy lat przyzwyczajeni do uważania się za “wtajemniczonych” w jakieś misteria Wszechświata - nadal uważają się za nie wiadomo kogo. Najczęściej zresztą, nie mając o niczym pojęcia. Może poza teologią i robieniem pieniędzy, choć i to nie zawsze (oczywiście, istnieją także wyjątki “w drugą stronę”). Tymczasem, tak znienawidzona przez nich, materialistyczna nauka - doprowadziła nas tu, gdzie jesteśmy. Tak więc, chociaż podzielam sceptycyzm wobec nauki, a raczej wobec twierdzeń naukowców - to każdy, kto siedzi w internecie i pisze przy komputerze w domu, przy elektrycznym świetle, powinien pamiętać, skąd się to wzięło. Czemu zawdzięcza taką możliwość. I odpowiedzią nie będzie żaden “kościół” ani żadna “religia” (każda oczywiście “Prawdziwa” i “Jedyna”, koniecznie z wielkich liter, bo się obrażą na uczuciach).

Druga myśl uświadamia mi, że przecież Shanon nie kwestionuje “głębokiego i doniosłego znaczenia” tego, co się stało! On opisuje możliwą, materialną, przyczynę tego zdarzenia. Krótki rzut oka na forum Hyperreala z opisami “podróży” po psychodelikach uświadamia, że wielu z tych ludzi - przeżyło niezwykłe silne, głębokie i znaczące doświadczenia. I to znów “duchowa” arogancja rabina - deprecjonowanie znaczenia ciała, materii. Nie wydaje mi się, żeby Shanon twierdził, że to “tylko przeżycie narkotyczne” (i nic więcej, w sensie, że to omam, który należy zignorować). O nie! To musiało być głębokie i znaczące przeżycie, które mogło wziąć się z (świadomego lub nie) stosowania środków psychodelicznych. Interpretacja deprecjonująca przeżycia o takiej naturze - charakteryzuje właśnie kultury monoteistyczne, a także - choć brzmi to jak wyświechtany slogan - konsumpcyjną, bezrefleksyjną kulturę “poprawnych” i dość nihilistycznych społeczeństw, obecnie chyba dominujących na Zachodzie.

Tymczasem w kulturach, tzw. “prymitywnych”, psychodeliki i środki psychoaktywne w ogólności - mają doniosłą rolę więziotwórczą i inicjacyjną. Występują częstokroć jako oś religii (ja powiedziałbym, że raczej mistycyzmu, przeżyć duchowych, “nadnaturalnych” - choć to ostatnie określenie to bzdura), a co najmniej jako jeden ze środków, stosowanych do dotknięcia sacrum. Sytuacja w społeczeństwach wymienionych w akapicie wyżej - raczej nie do pomyślenia. A często po prostu wyśmiewana.

Tymczasem nie ma co się głupio uśmiechać, bo wyrasta nam, na gruncie postępu nauki (bo to ona się w jakikolwiek twórczy sposób rozwija), np. tzw. neuroteologia (link do angielskiej wikipedii), czyli nauka o biologicznych podstawach przeżyć, do tej pory uważanych za religijne. Oczywiście, wniosek, że daje ona “dowody” na poparcie ateizmu - to gruba nadinterpretacja. Podaje jednak na tacy wyjaśnienie przeżyć mistycznych i różnego rodzaju wizji, które często-gęsto leżały u podstaw religii. Wyjaśnienie to jest weryfikowalne i nie odwołuje się do potworów z kosmosu, których istnienia nie możemy sprawdzić. To można uznać za przewagę nad innymi wyjaśnieniami, sugerowanymi jako równoprawna konkurencja. Myślę zresztą, że o neuroteologii jeszcze kiedyś wspomnę.

Wracając jednak do bohatera tego wpisu, to znalazłem potwierdzenie mojej tezy, że nie lekceważy on doniosłości doświadczenia, będącego udziałem Mojżesza. W artykule na serwisie Yahoo!, zacytowano wypowiedź Shanona z publicznego radia w Izraelu:

As far Moses on Mount Sinai is concerned, it was either a supernatural cosmic event, which I don’t believe, or a legend, which I don’t believe either, or finally, and this is very probable, an event that joined Moses and the people of Israel under the effect of narcotics

Tak więc zarówno “nadnaturalne, kosmiczne wydarzenie”, jak i “legenda” - to dwa rozwiązania, których psycholog nie zaakceptuje. Pozostaje mu więc wariant ze środkami psychoaktywnymi. Uznanie tego za obrazę czy umniejszenie roli wydarzenia - wymaga sporej dozy złej woli. Złej woli, motywowanej przede wszystkim i oczywiście - przyjęciem pewnej silnej metafizyki. Metafizyki, za którą nie przemawia ani więcej, ani mniej - niż za jakąkolwiek inną. Nie można natomiast odmówić Shanonowi poszanowania dla wagi wydarzeń z tradycji religijnej jego narodu. Na marginesie trzeba dodać, że również Yahoo! podaje ayahuaskę jako roślinę…