Czerwone morze… ayahuaski
Serwis “Gazety Wyborczej” podaje, że niejaki Benny Shanon (a nie Sharon, jak twierdzi gazeta.pl), profesor psychologii poznawczej na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, zasugerował co następuje:
Biblijni Żydzi zmierzający do Ziemi Obiecanej mogli mieć narkotyczne wizje wywołane przez halucynogenną roślinę. Najprawdopodobniej byli pod jej wpływem kiedy Mojżesz wrócił z góry Synaj z tablicami zawierającymi Dziesięć Przykazań
Swoją hipotezę Shanon opiera na występowaniu w okolicy góry Synaj dwóch roślin, których właściwości psychodeliczne są zbliżone do tych znanych w przypadku ayahuaski. Te efekty mają być zbliżone do opisów znanych ze Starego Testamentu.
Na potrzeby dyskusji o polityce wobec środków psychoaktywnych, warto dodać, że Shanon ma przyznawać się do około 160-krotnego spożycia ayahuaski (która, wbrew twierdzeniu na gazeta.pl nie jest rośliną, a napojem roślinnym).
Co na jego tezy odpowiadają autorytety religijne?
Biblia próbuje opowiedzieć nam o bardzo głębokim i doniosłym wydarzeniu. Nie powinniśmy martwic się o los Mojżesza, a raczej los nauki
jak miał powiedzieć rabin Juval Sherlow.
Tutaj nasuwa mi się kilka myśli. Po pierwsze, rabin wykazuje się typową dla kapłanów arogancją. Od tysięcy lat przyzwyczajeni do uważania się za “wtajemniczonych” w jakieś misteria Wszechświata - nadal uważają się za nie wiadomo kogo. Najczęściej zresztą, nie mając o niczym pojęcia. Może poza teologią i robieniem pieniędzy, choć i to nie zawsze (oczywiście, istnieją także wyjątki “w drugą stronę”). Tymczasem, tak znienawidzona przez nich, materialistyczna nauka - doprowadziła nas tu, gdzie jesteśmy. Tak więc, chociaż podzielam sceptycyzm wobec nauki, a raczej wobec twierdzeń naukowców - to każdy, kto siedzi w internecie i pisze przy komputerze w domu, przy elektrycznym świetle, powinien pamiętać, skąd się to wzięło. Czemu zawdzięcza taką możliwość. I odpowiedzią nie będzie żaden “kościół” ani żadna “religia” (każda oczywiście “Prawdziwa” i “Jedyna”, koniecznie z wielkich liter, bo się obrażą na uczuciach).
Druga myśl uświadamia mi, że przecież Shanon nie kwestionuje “głębokiego i doniosłego znaczenia” tego, co się stało! On opisuje możliwą, materialną, przyczynę tego zdarzenia. Krótki rzut oka na forum Hyperreala z opisami “podróży” po psychodelikach uświadamia, że wielu z tych ludzi - przeżyło niezwykłe silne, głębokie i znaczące doświadczenia. I to znów “duchowa” arogancja rabina - deprecjonowanie znaczenia ciała, materii. Nie wydaje mi się, żeby Shanon twierdził, że to “tylko przeżycie narkotyczne” (i nic więcej, w sensie, że to omam, który należy zignorować). O nie! To musiało być głębokie i znaczące przeżycie, które mogło wziąć się z (świadomego lub nie) stosowania środków psychodelicznych. Interpretacja deprecjonująca przeżycia o takiej naturze - charakteryzuje właśnie kultury monoteistyczne, a także - choć brzmi to jak wyświechtany slogan - konsumpcyjną, bezrefleksyjną kulturę “poprawnych” i dość nihilistycznych społeczeństw, obecnie chyba dominujących na Zachodzie.
Tymczasem w kulturach, tzw. “prymitywnych”, psychodeliki i środki psychoaktywne w ogólności - mają doniosłą rolę więziotwórczą i inicjacyjną. Występują częstokroć jako oś religii (ja powiedziałbym, że raczej mistycyzmu, przeżyć duchowych, “nadnaturalnych” - choć to ostatnie określenie to bzdura), a co najmniej jako jeden ze środków, stosowanych do dotknięcia sacrum. Sytuacja w społeczeństwach wymienionych w akapicie wyżej - raczej nie do pomyślenia. A często po prostu wyśmiewana.
Tymczasem nie ma co się głupio uśmiechać, bo wyrasta nam, na gruncie postępu nauki (bo to ona się w jakikolwiek twórczy sposób rozwija), np. tzw. neuroteologia (link do angielskiej wikipedii), czyli nauka o biologicznych podstawach przeżyć, do tej pory uważanych za religijne. Oczywiście, wniosek, że daje ona “dowody” na poparcie ateizmu - to gruba nadinterpretacja. Podaje jednak na tacy wyjaśnienie przeżyć mistycznych i różnego rodzaju wizji, które często-gęsto leżały u podstaw religii. Wyjaśnienie to jest weryfikowalne i nie odwołuje się do potworów z kosmosu, których istnienia nie możemy sprawdzić. To można uznać za przewagę nad innymi wyjaśnieniami, sugerowanymi jako równoprawna konkurencja. Myślę zresztą, że o neuroteologii jeszcze kiedyś wspomnę.
Wracając jednak do bohatera tego wpisu, to znalazłem potwierdzenie mojej tezy, że nie lekceważy on doniosłości doświadczenia, będącego udziałem Mojżesza. W artykule na serwisie Yahoo!, zacytowano wypowiedź Shanona z publicznego radia w Izraelu:
As far Moses on Mount Sinai is concerned, it was either a supernatural cosmic event, which I don’t believe, or a legend, which I don’t believe either, or finally, and this is very probable, an event that joined Moses and the people of Israel under the effect of narcotics
Tak więc zarówno “nadnaturalne, kosmiczne wydarzenie”, jak i “legenda” - to dwa rozwiązania, których psycholog nie zaakceptuje. Pozostaje mu więc wariant ze środkami psychoaktywnymi. Uznanie tego za obrazę czy umniejszenie roli wydarzenia - wymaga sporej dozy złej woli. Złej woli, motywowanej przede wszystkim i oczywiście - przyjęciem pewnej silnej metafizyki. Metafizyki, za którą nie przemawia ani więcej, ani mniej - niż za jakąkolwiek inną. Nie można natomiast odmówić Shanonowi poszanowania dla wagi wydarzeń z tradycji religijnej jego narodu. Na marginesie trzeba dodać, że również Yahoo! podaje ayahuaskę jako roślinę…








Napisz odpowiedź