Kontra
Dziś wyczytałem coś, co podniosło mnie na duchu. Nie, żebym czuł w obliczu reklam wspomnianej niżej firmy coś więcej niż przemożną nudę. Raczej uważam, że wszelkie slogany reklamowe czy polityczne powinny zostać prędko odwrócone i obśmiane tak, by odwróciły się na niekorzyść. To tak na wypadek, gdyby ktoś miał w nie uwierzyć. W Polsce coś takiego trafia się, mam wrażenie, dość rzadko. Oto jednak chlubny przykład (zaczerpnięty z “krótkich dżołków” JoeMonster.org:
***** reklamuje ostatnio swoje wyroby kampanią promującą dziewictwo. Byłem przed chwiilą w ich sklepie. I wiecie co? W tych ciuchach rzeczywiście trudno “zaliczyć”…
Oczywiście, aby zmniejszyć memetyczną szkodliwość reklamy, obejmuję nazwę firmy polityką ciszy. Zresztą, to jak w tym słynnym dowcipie z PRL: “wszyscy i tak wiedzą, co tu ma być napisane”.
Co jednak uważam za ważne, to samo zjawisko. Niestety, nie znam dla niego dobrego polskiego ekwiwalentu. Na pewno nalezy uznać to za element partyzantki komunikacyjnej (guerilla communication) czy zagłuszania kultury (culture jamming). A bezpośrednio, nazwiemy to… no właśnie, jak? Jak najlepiej przetłumaczyć subvertisment? Dywerklama? Reklamotaż? A może jakieś tłumaczenie mniej “sowieckie”, a bardziej poetyckie?
Tak czy inaczej, warto zjawisku się przyjrzeć. Moim zdaniem - szerzyć je. Przynajmniej dopóki parodiowanie kampanii reklamowych nie zostało jeszcze uznane za przestępstwo w świecie, gdzie konsumpcja jest wartością najwyższą, a wyrabianie PKB - celem w sobie. Poza tym, takie inicjatywy zwiększają poziom LULZORa w świecie :)








Napisz odpowiedź